czwartek, 19 kwietnia 2018

Na marginesie: Radiowcy w sosie własnym

Marnego radiowca można poznać przede wszystkim po tym, że nie potrafi nawiązać kontaktu ze słuchaczem. Ktoś, kto tego nie umie ma kontakt ze sobą samym i mówi sam do siebie, monologuje, albo ma kontakt z kimś innym, co w tym radio razem z nim jest. Może to być jakiś drugi czy trzeci prowadzący albo gość, ale także np. ktoś za szybą w reżyserce. Tylko, że nawet ktoś za szybą nie chce tego słuchać. Żeby było bardziej zrozumiale trzeba obejrzeć, albo sobie przypomnieć, film "Good Morning, Vietnam". Świetny przykład dobrego radiowca, który ma kontakt ze słuchaczami i marnego, który mówi sam do siebie, którego śmieszą własne dowcipy i tylko jego śmieszą. Ale mimo wszystko uważa, że jest dowcipny, czuje to w sercu. No i też czuje, że ma talent radiowy.

Marnych radiowców jest sporo. Czasem audycje są tak słabe, że słuchacz w ogóle nie wie o czym mowa, bo prowadzący coś do siebie mówią i to coś jest tylko im znane, ale słuchaczowi już nie, bo nie widzi co ktoś przyniósł do studia, albo o czym oni wcześniej rozmawiali, albo co oglądali zanim się zapaliła lampka on air.

Brak pomysłów i osobowości czy pustka w głowach redaktorów skutkuje często dość charakterystyczną manierą prowadzenia programów. Mianowicie redaktorzy zachęcają słuchaczy do kontaktu z nimi, że niby mają coś im pisać, przysłać. Więc mówi taki redaktor, że "a niech mi państwo napiszą co o tym i tamtym uważają, na ten i siamten temat".

Słuchacze mają do dyspozycji różnego rodzaju formy kontaktu elektronicznego. Można i trzeba im podać adresy itd. Ale od tego momentu trzeba się zająć prowadzeniem audycji. Jeśli ktoś ma osobowość, wiedzę i predyspozycje do bycia w radio, to audycje wychodzą mu ciekawe i ludzie spontanicznie będą coś pisać, bo po prostu będzie o czym. No ale jak ktoś ma pustkę w głowie i brak mu pomysłów, no to musi wymusić na ludziach, żeby coś przysłali. Wtedy będzie czym zapchać program. Nie mam nic do powiedzenia, to przynajmniej przeczytam na antenie, co słuchacze napisali.

A słuchacze zachęceni piszą, owszem. Miło jest usłyszeć na antenie coś, co się napisało, a co prowadzący odczytał. Ale żałosna jest audycja, której słucha garstka ludzi, którzy coś napisali do radia i teraz czekają aż to usłyszą. Wtedy sporo jest ludzi zawiedzionych, że nie przeczytali im ich maila na antenie. Pewien rekordzista potrafił przeczytać kilkadziesiąt wpisów z pewnego portalu społecznościowego i właśnie tylu miał słuchaczy swojej audycji - kilkudziesięciu. Poza tym był zajęty sobą i za chińskiego boga nie mógł zrozumieć dlaczego coraz mniej ludzi go słucha.

Ale dlatego, że z powodu iż ponieważ my się na tym blogu zajmujemy audio, czyli też muzyką, jeszcze jedno zdanie o muzyce. Radiowcy w sosie własnym wybierają muzykę sobie i dla siebie, która im się spodoba. I zachwyceni są, że w programie, gdzie powinny być grane gatunki raczej jednak rozrywkowe oni przez dwie godziny będą piłować Mozarta.

No ale po co ja się żołądkuję? Przecież nikt nie ma takiego obowiązku, żeby słuchać radia. Ja takiego obowiązku nie mam. Nikt nie ma.

sobota, 14 kwietnia 2018

Gramofon analogowy vs. odtwarzacz cyfrowy w ślepym teście

Zrobienie testu porównawczego z użyciem gramofonu analogowego i odtwarzacza cyfrowego jest bardzo kłopotliwe, wydaje się nawet niemożliwe. Powody są dwa i oba wynikają z właściwości gramofonu analogowego.

1. Efekt mikrofonowy.
2. Zużywanie się płyty.

Efekt mikrofonowy polega w tym przypadku na sprzęganiu wkładki z głośnikiem. Gramofon analogowy sprzęga zawsze kiedy się słucha przez głośniki chyba, że są one w innym pomieszczeniu. Gdy się słucha przez słuchawki to zjawisko nie występuje. Dźwięk z głośników wywołuje mniejszą albo większą reakcję reakcję płyty, która przenosi się na igłę. Ale podatne na drgania są wszystkie elementy rozpatrywane osobno i jako całość. Talerz gramofonu masowego jest raczej mało podatny na wibracje, ale sama płyta na nim leżąca już nie. Słuchając nieco głośniej zauważymy, że muzykę odbieramy całym ciałem, już nie tylko słyszymy dźwięki, ale czujemy wibracje, uderzenia perkusji itd. Jeżeli dźwięk powoduje drganie szyb, drzwiczek do szafki, dzwonienie kluczyka w zamku szuflady i inne sensacje, to przecież dokładnie taka sama jest reakcja winylowej płyty leżącej na talerzu gramofonu, ale także korpusu, ramienia itd. Pytanie tylko jak głośno trzeba zagrać, żeby efekt stał się wyraźnie słyszalny. Gdy wystąpi sprzężenie, wtedy wiadomo, że to słychać wyraźnie;)

Efekt mikrofonowy daje się zauważyć nawet przy odsłuchu z umiarkowaną głośnością. Czasem właśnie najprawdopodobniej efekt mikrofonowy ratuje słaby zapis basu na płycie analogowej. Płyta analogowa odtwarzana w ten sposób, że gramofon zostanie odizolowany akustycznie od głośników momentalnie straci sporo ze swojego "ciepłego" dźwięku i zacznie grać "cienko" z powodu odchudzenia basu.

W domu trudniej jest zauważyć ten chudy bas płyty analogowej. Nikomu się nie będzie chciało, ani podobało, przeniesienie gramofonu albo głośników,  do drugiego pomieszczenia, trzeba podkreślić za zamknięte dokładnie drzwi. A odsłuch przez słuchawki nie ujawnia tej chudości basu, bo w słuchawkach będzie dużo lepszy niż w głośnikach. Wobec tego słaby bas z głośników plus efekt mikrofonowy da podobne wrażenie jak dobry bas w słuchawkach i brak efektu mikrofonowego.

Różnice w brzmieniu gramofonów występują faktycznie, bo różne modele różnie mikrofonują. Są takie, które nie wykazują tego elementu niemal wcale, można podejrzewać, że one jednak nie są cenione przez amatorów "ciepłego" brzmienia analogów, bo po prostu obnażają braki w jakości dźwięku z winyla.

Wobec tego w teście porównawczym konieczne jest odizolowanie gramofonu od głośników, aby efekt mikrofonowy nie wystąpił. Konieczne to jest dlatego, że odsłuchy będą robione z dowolnie wybraną i różną głośnością, a skoro tak to trzeba by wykonać kopie cyfrowe winyli dla różnych głośności odsłuchu z różnym w konsekwencji efektem mikrofonowym. Taka procedura byłaby kłopotliwa i dlatego trzeba wyeliminować efekt zupełnie.

Rozumiemy, że chodzi o porównanie dźwięku bezpośrednio z płyty analogowej i kopii cyfrowej odtwarzanej następnie w jakimś odtwarzaczu. W takim  razie można włączyć równocześnie płytę i odtwarzacz cyfrowy, oczywiście po wyrównaniu głośności, i dać pilota, żeby uczestnik testu mógł się przełączać pomiędzy nośnikami.

Problem polega jednak na tym, że każde odtworzenie winyla powoduje jego zużycie. Niewielkie, ale jednak. Można więc powiedzieć, że nigdy się nie porówna równolegle oryginału i kopii. Jeśli zgramy dźwięk z winyla, to porównanie będzie już z winylem o jedno odtworzenie bardziej zużytym. Niby niewielka różnica, ale różnica.

Ktoś może uważać, że jedno porównanie to za mało i będzie chciał powtórzyć odsłuch. Jeśli mu jeden nie wystarczy, to jeszcze raz, albo sto trzydzieści sześć razy. Jak już powiedzieliśmy każde odtworzenie płyty analogowej to jedna generacja zużycia się płyty więcej. Po którym odtworzeniu będzie to słyszalne wyraźnie jest kwestią dyskusyjną, ale dla osoby o dobrym słuchu, a więc młodej, wystarczy kilka odtworzeń, żeby mogła wyłapać degradację płyty.

W takim razie zdanie z pierwszego akapitu trzeba poprawić. Nie, że "wydaje się niemożliwe" ale po prostu jest niemożliwe. Ten czarny winylowy relikt się zużywa i z tego powodu porównania być nie może.

W każdym razie nawet dysponując dużą ilością identycznie wytłoczonych, nowiutkich winyli, z których jeden będzie użyty do sporządzenia kopii, a reszta do odsłuchu kopia cyfrowa jest identyczna jak oryginał dla nawet najbardziej zdrowych i młodych uszu.

piątek, 6 kwietnia 2018

Na marginesie: Poradnik radiowca 3

Każdy radiowiec powinien wiedzieć, że jak się jest w radio i mówi do tego sitka wtedy po drugiej stronie są słuchacze, którzy tego słuchają. Załóżmy, że jest 100 słuchaczy. W związku z tym radiowiec mówiący do mikrofonu, tego sitka znaczy, ma mówić do całej setki. Nie wolno mu mówić do jednej wybranej osoby, która mu przysłała pocztą taką czy inną jakieś zdjęcia czy coś innego.

Nie wolno tak mówić przez radio, zwracając się do konkretnej osoby i prowadzić z nią niezrozumiałej dla innych rozmowy. Przecież inni słuchacze, czyli tych 99 osób, nie dostało tych zdjęć czy czegoś tam i nie wie o co chodzi. Można czasem zwrócić się do konkretnej osoby, ale to powinien być wyjątek, a nie reguła. Regułą to mogłoby być, ale dopiero wtedy, jak przy radio będzie siedzieć tylko jedna osoba, która właśnie przysłała mailem zdjęcie. Prowadzący audycje doprowadzą w końcu do tego, że pozostanie tylko jeden słuchacz, a następnie on też powie, że szkoda czasu na słuchanie radia.

Rozmowa jest ciekawa wtedy, kiedy my mówimy. Jak musimy słuchać innych nie jest fajnie, fajniej jest jak nas słuchają. A z radiem jest tak, że fajnie jest jak do nas ktoś przez to radio mówi, a niefajnie jest wtedy, jak przez radio ktoś mówi do kogoś innego, a my musimy tego niechętnie słuchać.

Takie mówienie do jednej osoby wynika nie tylko z braków warsztatowych, ale przede wszystkim z lenistwa. Bo przecież łatwe jest czytanie tego, co ktoś wysłał mailem, nie trzeba nic wiedzieć, zastanawiać się, układać, pracować nad programem. Po prostu przychodzi się do studia z pustką w głowie, kilkoma płytami i myśli sobie "powiem tytuł i wykonawcę, powiem coś o tym wykonawcy, bo coś jeszcze pamiętam, a resztę czasu zapcham czytaniem maili od słuchaczy, mam nadzieję, że coś napiszą, bo jak nie to dupa zbita, nie będę wiedzieć, co mam mówić."

Więc na koniec jeszcze raz: przez radio mówimy do wszystkich, żeby każdy mógł się czuć jak ta jedna jedyna osoba do której to radio gada. O to właśnie chodzi, a jak się tego nie wie, to trzeba się dowiedzieć lub zająć czymś innym, do czego się ma predyspozycje.

Każdy z wielu słuchaczy musi czuć się tym jednym jedynym dla którego radio istnieje i działa. Przy okazji trzeba dodać, że jeśli w studio jest dwóch, trzech czy nawet więcej prowadzących, to nie powinni oni się zajmować sobą, zresztą nawet jeden prowadzący nie powinien się zajmować samym sobą, ale o tym innym razem, tylko mówić do słuchaczy przy odbiornikach radiowych, do wszystkich. Są audycje, gdzie ludzie znajdujący się w studio zajmują się sobą i swoimi sprawami, ale to są tzw. słuchowiska radiowe np. serial radiowy "W zaściankowie", albo jakiś teatr. Jak ktoś przez radio puszcza piosenki nie może być zajęty samym sobą.

Historia radia uczy, że jeśli pustkę antenową usiłuje się zapełnić odczytywaniem tego, co słuchacze napisali, to takie radio jest skazane na klęskę. A jeśli nie skończy się całe radio, bo ktoś czyta te maile w radio państwowym, to skończy się konkretne pasmo, bo słuchacze będą odchodzić i w końcu zostanie malutka garstka najbardziej wytrwałych. Albo takich, którym wszystko jedno.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Wydanie specjalne magazynów audio Hi-Fi

Dziś na całym świecie ukazały się specjalne wydania, dostępne nieodpłatnie zresztą, wszystkich największych czasopism zajmujących się sprzętem grającym Hi-Fi. W tych wydawnictwach redakcję przyznają, że wszystkie recenzje wzmacniaczy, odtwarzaczy, słowem całości sprzętu grającego wysokiej klasy były humbugiem. Wszystko gra identycznie, a jeśli nie, to z tej przyczyny, że sprzęt jest popsuty lub nie spełnia wymagań jakościowych zawartych w normach.

Jednocześnie producenci sprzętu przepraszają nabywców za to, że wprowadzając standardy SACD, DVD Audio tzw. dźwięk o "wysokiej rozdzielczości" wprowadzali ich celowo w błąd mając pełną świadomość, że nie dają one żadnej zauważalnej poprawy jakości w porównaniu do CD audio.

Natomiast wytwórnie fonograficzne oferujące pliki o "wysokiej rozdzielczości" informują, że będą one dostępne w takiej samej cenie jak pliki w standardzie 44/16, a ta cena z kolei będzie obniżona do poziomu mp3, bo i tak nie ma żadnej poprawy w stosunku do tego ostatniego.

Natomiast małe firmy produkujące zestawy Hi-Fi o ekstremalnych cenach zadeklarowały, że zwrócą nadpłaty klientom, którzy za nie słono przepłacili. Niektórzy mogą się spodziewać zwrotów w wysokości kilku milionów, bo przyjęto poziom cenowy standardowego zestawu o wysokiej jakości, a ten nie jest przesadnie drogi.

sobota, 24 marca 2018

Na marginesie: F1 Hello (Halo) and Goodbye

Rok 2017 był ostatnim, kiedy oglądałem wyścigi F1. Nie śledziłem F1 zbyt długo i intensywnie, ale jednak.

Pierwszym sezonem, z którego widziałem kilka wyścigów był ten, kiedy zginął Ayrton Senna. Widziałem ten wypadek na żywo, oczywiście siedząc przed telewizorem. Ale ten post nie jest jakimś rysem historycznym formuły jeden, ale uzasadnieniem, dlaczego nie da się jej już dłużej znieść.

Przede wszystkim komuś w F1 przeszkadzają silniki. Systematycznie zmniejszano liczbę cylindrów i ograniczano maksymalne obroty. Silnik V12, który pracuje z nielimitowaną prędkością obrotową robi  naprawdę niezły hałas. I to jest to, kwintesencja sportu motorowego. Musi być głośno. Duży silnik z większą liczbą cylindrów niż w przeciętnym aucie, mający ogromną moc i robiący niesamowity hałas to jest coś, co duzi chłopcy lubią najbardziej. I tak było do 1999 roku, kiedy to silniki V12 mogły się kręcić tak szybko, jak tylko się konstruktorom zamarzyło.

Od 2000 roku zmniejszono liczbę cylindrów do 10, ale nie nałożono jeszcze limitu obrotów. Tak samo po kolejnym zmniejszeniu liczby cylindrów do 8 w 2006 roku nie miały jeszcze limitu obrotów. Dopiero w następnym sezonie ograniczono obroty do 19.000  na minutę. I tak było też w roku 2008. Następnie od 2009 do 2013 obowiązywał limit do 18.000.

Trzeba dodać, że systematycznie spadała też pojemność silników, ale V8 2,4 litra kręcący się 18.000 obr/min. to jest całkiem inna sprawa niż V6 1,6l mogący osiągnąć maksymalnie 15 tys. obowiązujące od 2014, który to rok był już prawdziwym końcem F1 dla fanów dobrego dźwięku.

Zmniejsz pojemność, ogranicz obroty i dostaniesz silniczek, który nie różni się wiele od tego, który masz w swoim aucie, którym wozisz dzieci do szkoły i jeździsz na zakupy. Ograniczenie głośności silników F1 powoduje, że każdy samochód po wiejskim tuningu jest bardziej atrakcyjny pod względem dźwięku niż bolid F1. Więc czym tu się ekscytować podczas wyścigu? Bzyczenie golarki czy elektrycznej szczoteczki do zębów nie pobudzi emocji, tak samo jak nie wzrusza już chyba nikogo dźwięk silnika 1,6 litra.

Samolot myśliwski przelatujący nisko nad głowami jest efektowny nie dlatego, że leci szybko, tylko dlatego, że robi nieziemski hałas. Co z tego, że bolidy są szybsze, jeśli jeżdżą w tak mało efektowny sposób. Akustycznie. Wyścigi samochodów elektrycznych są prawie całkiem bezgłośne i przez to nudne jak flaki z olejem. F1 z tymi cichymi silniczkami jest prawie tak samo nudna. Wyścigi są dla fanów benzyny i mocnych wrażeń a nie dla rozhisteryzowanych neurotycznych ekologów, których przeraża brzęczenie komara.

Wróćmy na chwilę do roku 1994. Oglądanie wyścigów było ciekawe i emocjonujące, ale było też coś, co irytowało, nie tylko mnie, ale wielu fanów. A był to mianowicie Benetton z zadartym nosem. Wygląda ten bolid jak wywrócona do góry dnem kanadyjka, taka łódka. Równie szkaradnie wygląda BMW z zadartym nosem, to którym w 2009 r. ścigał się Kubica.

I tu mamy kolejny aspekt, po akustycznym, ale z tej samej działki. Aspekt estetyczny. Audio czyli ryk silnika musi być taki, jaki być powinien, ale poza tym bolid musi wyglądać groźnie i bojowo. Zupełnie jak samolot myśliwski. A jeśli nie wygląda? A jeśli wygląda równie bojowo jak miś Paddington? To znaczy żałośnie. Albo jak wywrócony do góry dnem kajak?

Bolidy F1 straciły swój "groźny" wygląd od momentu wprowadzenia szerokiego przedniego skrzydła, które do złudzenia przypomina łopatę do śniegu. Bolidy zaczęły wyglądać jakoś tak goło, bezbronnie, żałośnie i odpychająco, jak dżdżownice czy też może glisty.

Ale to nie koniec dobijania F1. Przecież z roku na rok bolidom przybywa na masie. Stają się opasłe, tłuste, są coraz bardziej otyłe. Wystarczy sobie obejrzeć jakiś stary wyścig i od razu widać, że kiedyś te auta były lekkie, zwinne, żwawe. Było widać, że natychmiast reagują na ruch kierownicy i jak reagują na nierówności toru właśnie przez to, że są lekkie. Teraz bolid F1 jedzie jak ciężka limuzyna, sunie dostojnie i elegancko amortyzuje nierówności, bo opasłość temu sprzyja.

Przez to, że bolidy F1 są tak ciężkie kierowcy już nie mogą się ścigać, tylko zarządzają autem, robią to, co im powiedzą inżynierowie. Bo opony się zniszczą, bo silnik zużyje za dużo benzyny, albo się przegrzeje. A przecież dotankować nie wolno. Teraz wyścig nie polega na ściganiu się, ale na oszczędzaniu paliwa. Taka jazda o kropelce otyłych macior.

To jednak system Halo jest tym, co czyni oglądanie wyścigów zupełnie niemożliwym. Patrzyć na to przez dłuższy czas i się nie porzygać, to dla mnie, i pewnie wielu innych fanów, rzecz niewykonalna.

Kolejny przykład na zwycięstwo pieniędzy nad rozsądkiem i przede wszystkim dobrym smakiem. Nie mam nic przeciwko ochronie kierowców, ale sposób w jaki to zrobiono przyprawia o mdłości. Jestem pewien, że można to było zrobić lepiej i w taki sposób, że widoczność nie byłaby ograniczona, a przede wszystkim tak, żeby ten pałąk nie kojarzył się z klapkami, zresztą przepoconymi i z grzybicą, czy też z kosiarką do trawy. A jeśli ktoś powie, że ten obrzydliwy pałąk nie ogranicza widoczności, to niech powie, dlaczego nie można teraz postawić jak dawniej monitora na wprost, tylko są dwa po bokach?! Bo na wprost gówno widać z kokpitu, oto dlaczego teraz w boksach kierowcy mają po dwa monitory po bokach.

Co to za bezpieczeństwo, kiedy kierowca prowadzi na ślepo i wchodzić do bolidu musi po schodkach? Nie wspomnę o tym, jak ma z niego wyjść, kiedy po kraksie może być cokolwiek słaby i nie w pełni sił.

Owszem, wielu ludzi jest w stanie narysować projekt bolidu z tym pałąkiem, który jednak spełniłby wymagania estetyczne. Ale wtedy sam bolid musiałby się zmienić, dokładanie pałąka do tego co było nie ma, jak widać w telewizji, żadnego sensu. Przeprojektowanie całego bolidu i dodanie Halo mogłoby się jednak udać. I co ważniejsze nie byłby wtedy potrzebny słupek na wprost kierunku jazdy. A jak to zrobić, żeby tego słupka nie było? Trzeba dodać dwa, na wzór zwykłego auta, który ma dwa przednie słupki przecież.

Samochody cywilne mają po dwa słupki, tak samo wyścigowe, rajdówki itd. Dwa słupki mogłyby być cieńsze niż ten jeden i w ogóle całe to Halo mogłoby być smuklejsze i na dodatek zaprojektowane tak, żeby nie psuć aerodynamiki i estetyki, a przede wszystkim widoczności.

No ale cóż. Widocznie system Halo projektowali inżynierowie wcześniej zajmujący się konstruowaniem maszyn rolniczych takich jak motyka oraz grabie.

W każdym razie oglądanie tych ohydnych tłustych macior z tym wstrętnym rusztowaniem jest czymś, co dla mnie jest nie do przeskoczenia.

Oczywiście każdy może powiedzieć, że to mój problem. Jasne że mój, ale fanów F1 w tym roku raczej nie przybędzie. Ubędzie, tych z benzyną we krwi, a przybędzie rozhisteryzowanych ekologów. Może bilans wyjdzie na zero. Może wpływy z biletów, reklam i praw do transmisji się nie zmniejszą.

Ale sport samochodowy ucierpi i być może wielu z tych ekologów wybierze jednak spacery po zielonej trawie zamiast wyścigów. To jest przecież bardziej zgodne z ich naturą.

A dla fanów prawdziwej F1 pozostają niestety wspomnienia. Na szczęście jest co oglądać, jeśli się komuś zbierze na sentymenty. Oglądać i słuchać.

niedziela, 18 marca 2018

Na marginesie: Player Polskie Radio - instrukcja obsługi

Nie korzystam z tego Playera, jeśli już słucham radia, słucham przez radio. Wygląda to na masło maślane, słuchać radia przez radio, ale przecież można też radia słuchać np. z satelity, a odbiornik satelitarny radiem nie jest raczej.

W każdym razie zdarzyło mi się, że chciałem posłuchać jakiejś audycji radiowej przez internet. To nie takie proste. Kiedy w telefonie włączy się player polskiego radia, okazuje się, że w zamiast audycji odtwarza się jakiś filmik z reklamą. Więc ktoś mający alergię na reklamy niczego nie posłucha, tylko czym prędzej wyłączy aplikację.

Innym razem chciałem coś posłuchać przez komputer, ale i tam zaczęła się odtwarzać jakaś reklama, chociaż tym razem nie był to film, tylko reklama była "gadana". Wobec tego wyłączyłem aplikację czym prędzej i słuchanie skończyło się szybciej niż się zaczęło.

Ale co mają robić ludzie, którzy nie mając do dyspozycji zwykłego radia muszą słuchać przez internet? Dlaczego mają być dodatkowo molestowani przez te nadprogramowe reklamy poza tymi, których w polskim publicznym radio jest aż nadto?

Dla słuchających radia przez internet mam króciutki poradnik.

Wersja komórkowa:

1. Włączamy aplikację.
2. Kiedy widzimy, że zaczyna się odtwarzać reklama, chowamy telefon do kieszeni na parę minut.
3. Wyciągamy telefon i patrzymy czy reklama się skończyła. Jeśli nie skończyła się jeszcze, znów chowamy telefon do kieszeni na następne parę minut.
4. Kiedy reklamy się wreszcie skończą zakładamy słuchawki i słuchamy.

Niestety nawet wtedy może się okazać, że trafimy na blok reklamowy. Nie ma rady, zdejmujemy słuchawki i czekamy. Reklamy są przed pełną godziną, następne reklamy są po serwisie i pogodzie, a też mogą się zdarzyć "o wpół do..." Patrząc na zegarek będziemy wiedzieć, że nie ma sensu zakładać słuchawek, bo pięć po na pewno będą nam polecać papier toaletowy lub maść ma hemoroidy. Audycje zaczynają się tak dziesięć po, zresztą zależy w którym programie.

Wersja laptopowa.

1. Wyciszamy dźwięki w mikserze.
2. Włączamy aplikację PR do słuchania i czekamy parę minut. Jeśli by się zaczął odtwarzać filmik minimalizujemy.
3. Sprawdzamy, czy filmik się skończył, a jeśli reklama była gadana włączamy na próbę dźwięk.
4. Jeśli stwierdzimy, że reklama się skończyła, możemy zacząć słuchać. Jak reklamują coś wciąż jeszcze, wyłączamy dźwięk i ewentualnie minimalizujemy player.

Wszystkie wcześniejsze uwagi o tym kiedy nadawane są reklamy są aktualne i trzeba o tym pamiętać.

Ktoś może powiedzieć, że co to za problem, że w publicznym radio są reklamy, przecież są tacy, którzy je lubią. Owszem, są tacy, co im się reklamy podobają, ale medycyna wciąż robi postępy i nawet już teraz są na to leki.

poniedziałek, 5 marca 2018

Samochód - najgorsze miejsce do słuchania muzyki, ale za to bardzo lubiane

A może samochód nie jest takim złym miejscem, żeby sobie posłuchać muzyki? Zobaczmy.

Współczesne samochody nie są tak głośne jak stare kaszlaki. Mimo wszystko jednak hałas to hałas i on jest jednym z najważniejszych powodów, że realizatorzy z tak maniakalnym uporem dążyli do uzyskania DR0, tzw. Dynamic Range, co im się zresztą udało. Gdyby nie to, że samochód daje duży odsetek czasu, kiedy ludzie w ogóle słuchają muzyki, tzw. inżynierowie dźwięku nigdy nie pozwoliliby sobie na tak drastyczne podejście do masteringu, a przecież często właśnie w samochodzie klienci oceniają pracę realizatora. Do słuchania w aucie dynamika każdego naturalnego źródła dźwięku jest za duża, włączając w to młot pneumatyczny. Przy większych prędkościach jazdy i większym poziomie hałasu w aucie nie da się usłyszeć nawet wszystkich szczegółów uderzenia pioruna, o muzyce nie ma sensu wspominać.

Dlaczego ludzie jednak lubią słuchać w aucie? Poza tym, że jazda do pracy zajmuje np. godzinę i tyle samo w drugą stronę itp. więc jest na to czas. Dlatego, że właściwie tylko w aucie mogą usłyszeć dobry bas. Nie do końca dobry, bo pneumatyczny, ale auto jest tak małe, że nie powstaną w nim mody, w zakresie niskich częstotliwości oczywiście. A odsłuch niepodbarwionego przez mody i z tego też powodu "szybkiego" basu daje satysfakcję.

W samochodzie bas nie muli, nie wlecze się i nie zlewa szybkich nut. W domu nikt takiego basu nie ma poza nielicznymi osobami, które mają profesjonalne adaptacje akustyki pomieszczeń o wystarczającej kubaturze i dobrych proporcjach.

Jeśli ktoś zaprotestuje, że owszem, ma w domu świetny bas w takim razie może sobie odpowiedzieć na kilka pytań. A mianowicie: Czy brał kiedyś udział w dyskusji na temat jakie kolumny są lepsze, takie z dużym głośnikiem niskotonowym, a może z kilkoma mniejszymi? A może debatował nad subwooferem jaki by tu kupić? No i jeszcze przykładowo czy udzielał się w wątku w rodzaju, że niektóre nuty w basie nikną?

Problemy z basem trapią wielu użytkowników, można powiedzieć, że to jak z alergią, każdy ma, nie każdy wie.

Auto jest po prostu za małą puszką, jak już wspomniałem, żeby mogły się nabudować rezonanse w zakresie niskich tonów, a głośniki są "w ścianie" więc nie ma też możliwości powstania wycięć. Niestety na zakresie niskich częstotliwości kończą się zalety takiego samochodowego odsłuchu.

Tony średnie i wysokie są przerzedzone silnymi odbiciami od wszystkiego, zwłaszcza lewej szyby, jeśli wychodzimy z założenia, że słuchamy prowadząc i nie jest to wersja angielska auta. Oddziaływanie bliskich powierzchni zaburza barwę, która staje się dziwna. Nie każdy na to zwraca uwagę, bo niewielu ma słuch muzykalny, a w ogóle mało kto wie o co chodzi i na co zwracać uwagę. Sytuację ratuje właśnie bas, który ma duży potencjał do maskowania pozostałych braków dlatego, że jest pełny i bez wytłumień. Poza tym marketingowcy zapełnili już całe góry przeróżnych wydawnictw bajkami o dobrej jakości odsłuchu w aucie. Więc skoro napisano już tysiące razy, że jest jakieś "Car Hi-Fi", to znaczy, że jest.

Bliskość wszystkiego powodująca powstanie filtracji grzebieniowej jest bardzo dobrze znana realizatorom dźwięku, a właściwie tym osobom, które zajmują się masteringiem. Żeby sobie z tym jakoś poradzić i zrobić taki dźwięk, który sprawdzi się w aucie muszą brzmienie "podrasować". I to jest problem, bo taki podrasowany czyli spaskudzony dźwięk nie jest wadą w samochodzie, ale w domu w dobrych warunkach odsłuchu cała mizeria jest słyszalna aż za bardzo.

Jeśli się to doda do silnej kompresji, mamy odpowiedź czemu tak dużo muzyki nie daje się słuchać w domu. Realizacja dźwięku jest dostosowana do silnego hałasu i filtracji grzebieniowej, takiej samochodowej, a nie domowej.

Poza tym w aucie słyszy się wszystko skrzywione, bo naprawdę mało kto słucha jako piąty siedząc na środku tylnej kanapy. A przecież podstawą dobrego odbioru jest symetria bazy. Więc naprawdę trudno zrozumieć usiłowania nazywania odsłuchu w samochodzie "Car Hi-Fi". Jeśli ktoś nie dostrzega problemu niech przesunie fotel w domu na lewo, albo niech siądzie z boku na sofie. Czy taki odsłuch siedząc praktycznie na wprost jednego głośnika będzie faktycznie odsłuchem o wysokiej jakości?

Dużo by można pisać o odsłuchu w samochodzie. Zastanawiające jest to, że ten samochodowy odsłuch jest naprawdę marny i to daje się łatwo zauważyć, ale nikt o tym głośno nie mówi, wręcz przeciwnie. Dlaczego marketing i producenci o tym nie mówią jest jasne, nikt by nie kupował drogiego sprzętu do aut. Ale dlaczego tzw. zwykli ludzie nic nie mówią?

Naprawdę nie słyszą?