poniedziałek, 31 lipca 2017

Na marginesie: Płyta winolowa

A cotototo ta płyta winolowa? A płyta winylowa? Znamy, znamy. Więc to jest to samo.

Otóż zdarzało mi się słuchać muzyki pod wpływem spożycia jakiegoś napoju wyskokowego, nie było to wino, ale jednak. Nic nadzwyczajnego, wystarczy wziąć udział w smutnej uroczystości jaką jest ślub i wesele. Konsumpcji jadła i napitku towarzyszy muzyka.

Okazuje się jednak, że niektóre osoby słuchają płyt analogowych popijając wino. To jest ciekawy trop. Czy przypadkiem tego wina aby nie za wiele? Czy nie mąci ono trzeźwości odbioru i oceny?

Odtwarzanie płyty winylowej to pewien rytuał. Jednak jeśli celebruje się go pociągając z flaszeczki, to może cała frajda, albo znaczna jej część przynajmniej pochodzić z faktu oszołomienia trunkiem?

Popijanie wina lub jakiegoś innego napitku zawierającego truciznę zwaną alkoholem etylowym (lub o zgrozo metylowym) powoduje obumieranie komórek mózgowych, któremu towarzyszy tak lubiane przez ludność odczucie oszołomienia.

Dlatego warto, żeby z dyskusji o winylach wyłączyły się osoby słuchające pod wpływem lub pijane nawet. Na trzeźwo będzie łatwiej dojść do jakichś obiektywnych konkluzji.

Nie chcę się czepiać, ale po flaszce trudno będzie zrozumieć posty o winylach z tego bloga. Żeby zrozumieć, ale przeczytać nawet.

Dlatego nie pijemy i nie używamy żadnych innych substancji wywołujących loty. Trzeźwiejmy i wtedy słuchamy. W przeciwnym wypadku może się to źle skończyć, np. bolesnym upadkiem z dywanu na podłogę.

piątek, 28 lipca 2017

Na marginesie: Poradnik radiowca 2

Samozaoranie radia da się zrobić na wiele sposobów. Dobrym na to pomysłem jest winyl.

Redaktorzy radiowi tworzą tzw. radiowy klimatu. W radiu jest tylko głos i można opowiadać np. co redaktor widzi za oknem, chociaż w studio żadnego okna nie ma. Albo słuchacze wyobrażają sobie jak jakaś pani z radia, wygląda. Nawet nic nie musi mówić wystarczy, że jest.

Trochę się zmyśli redaktor czegoś niedopowie powie coś czego nie ma, coś pominie, słuchacz zmyśli resztę i powstanie klimat radiowy.

Radiowy winyl za sprawą niedopowiedzeń i pobudzenia wyobraźni staje się nadprzyrodzony, paranormalny i magiczny i brzmi niebiańsko i cudownie. Z kawałka plastiku przemienia się w skarb przywieziony przez starożytnych kosmitów w darze dla ludzkości i jest już nadzwyczajnym osiągnięciem techniki i technologii.

W radio gra się, tzn. powinno się grać, tylko najlepiej zachowane egzemplarze. Żeby puścić coś przez radio z winyla nie można wziąć pierwszej lepszej płyty, bo ta pierwsza lepsza będzie zdarta i się nie będzie nadawała do odtworzenia. Trzeba wybrać najlepiej zachowany spośród kilku czy kilkunastu dostępnych egzemplarzy danego wydawnictwa.

A poza tym trzeba ten najlepszy egzemplarz najpierw porządnie wyczyścić. Wyczyścić idealnie, bo tylko wtedy dobrze zachowany i idealnie czysty egzemplarz może zagrać fajnie.

Jeśli płyta jest zjechana pomaga tylko komputer i odfiltrowanie brudów, ale to już nie jest winyl per se. Bo trzeba go zdigitalizować tj. wrzucić do komputera i wtedy usunąć cały brud. A tak w locie na żywo w czasie emisji to się nie da, bo trzeba nad tym posiedzieć.

Poza tym nawet winyl puszczony przez radio "tak jak jest" nie gra tak jak jest, z wiadomych względów. Przykładowo z powodu orbanów, a poza tym przez radio nie słychać tak dobrze najniższych częstotliwości. Przez radio płyty tak nie dudnią zakłóceniami.

Jeśli jednak redaktor przyniesie do radia jakiś zjechany winyl, a wydawca i realizator przez szacunek dla siwej brody nie protestują, to słyszalne skutki są opłakane. Płyta gra krzywo, bo rowki są nierówno zjechane przez gramofony z popsutym antyskatingiem, trzeszczy, rzęzi itp.

"Magia" winyla polega na wciskaniu kitu naiwnym, którzy gramofonów i płyt nie mają. Albo dawno temu mieli, ale już zapomnieli, albo mieli taniochę na dodatek źle wyregulowaną. Ci co mają i mają trochę rozeznania i obiektywizmu szybko się zorientują w ściemie. A jak ludzie wyłapią ściemę, to sprawa się rypnie i samozaoranie programu kolegi kierownika stanie się nieuniknione.

Kompletnym bezsensem jest granie przez radio płyt zdartych czy jakichś z wadami produkcyjnymi. Nie ma takiej opcji, żeby puszczać płyty grające ewidentnie źle i dorabiać do tego legendę. No nie da się opowiadać baśni o piwie jeśli się poda do picia takie skiśnięte, co stało tydzień w beczce na słońcu.

Na koniec jeszcze raz. Nie można robić radiowej magii z winyla, jeśli się gra płyty zdarte lub z jakimiś wadami. Ludzie mało słyszą, ale nie są aż tak głusi. Naprawdę.

czwartek, 20 lipca 2017

Na marginesie: Brzmienie silnika bolidu formuły 1

Bolidy F1 miały, do czasu wprowadzenia silników turbo, swe specyficzne i co tu dużo mówić fascynujące brzmienie. Kiedy ogląda się filmy archiwalne, albo nawet te nowe z testów wykonanych starymi bolidami z silnikami V8, słyszy się ogromną różnicę. Te silniki kręciły nawet do 20 tysięcy obrotów na minutę, więc to robiło różnicę.

Współczesne bolidy F1 w porównaniu do starych brzmią żałośnie. Dla mnie to szczególnie przykre, bo dźwięki są dla mnie ważne, ważniejsze niż dla przeciętnego kibica F1, który przyjeżdża na wyścig, żeby się zatankować browarem.

Wobec tego bolidy F1 brzmią teraz bardzo mizernie. Nie wyglądają też zbyt ciekawie, mimo szerszych opon. Przepisy są takie, że nie da się zbudować ciekawie wyglądającego bolidu. Ponadto przepisy są tak skomplikowane i głupie, że ręce i nogi się uginają. Nawet zespoły ich do końca nie znają, poza oczywiście tymi dotyczącymi wymagań technicznych bolidu.

Po co tyle rodzajów opon nikt nie wie. Dlaczego te opony pękają i wybuchają, to już nikt nie wie. Wiadomo tylko, że przepisy są takie, że muszą pękać i wybuchać.

W ogóle F1 wygląda mi na zabawkę zarządzaną przez skorumpowane cioty, które mają sieczkę zamiast mózgów.

Ale już szczytem debilizmu jest tzw. Halo, które rzekomo ma podnieść bezpieczeństwo. Jeżeli podnoszenie bezpieczeństwa ma polegać na tym, że kierowca ma ograniczone pole widzenia dokładnie tam, gdzie powinien patrzyć, czyli na wprost, to znaczy, że F1 zeszła na psy.

Jeśli ktoś lubi ryzykować własne życie i życie innych, niech zaklei na przedniej szybie czarną taśmą pionowy pas szerokości kilku centymetrów, dokładnie na wprost. No i niech tak wyjedzie na miasto. Chętnie się założę, że albo w coś walnie, bo przez ten czarny pas czegoś nie zauważy, albo pały dadzą mu mandat za jazdę z narażeniem innych użytkowników ruchu drogowego.

Wychodzi na to, że w przyszłym roku zamiast w niedzielę siedzieć przed telewizorem i oglądać wyścigi, będę siedział nad jeziorem i łowił ryby. No i będę sobie słuchał jak kumkają żaby. I jak bzyczą muchy, komary i gzy. Bzykanie muchy wszakże brzmi bardziej drapieżnie i niebezpiecznie niż współczesny silnik bolidu F1;)

środa, 19 lipca 2017

Na marginesie: Poradnik radiowca

Rynek sprzętu high-end się kurczy raczej, dyskusje na forach internetowych o tematyce audio zamierają. W ogóle tematyka audio interesuje już chyba tylko psa z kulawą nogą. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że branża dokonała tzw. samozaorania. Nikogo nie zdziwi, że po latach wmawiania ludziom, że dajmy na to bezpieczniki grają, mają dość. Wmawianie ludziom głupot i wciskanie kitu ma granice. Nie wystarczy przez lata powtarzać jak mantrę "słyszysz". To nie wystarczy, bo w końcu ktoś zechce usłyszeć.

Nikt nie słyszy. Nie słyszał i nie usłyszy.

Więc branża się samozaorała. Na forach wciąż ci sami użytkownicy, ale jakby pozbawieni zapału. Prześmiewców coraz więcej, co nie może dziwić, bo argumentacja typu: "jesteś głuchy, biedny i nie stać cię na sprzęt, a poza tym jesteś głupi" jest żałosna i skutkuje tylko tym, że skołowanych naiwnych ofiar marketingu jest coraz mniej.

Samozaorania dokonuje teraz radio, w naszym pięknym kraju zwłaszcza radio państwowe. Żeby ten proces przyspieszyć podam kilka sposobów jak zaorać radio. W kolejnych odcinkach będą inne sposoby.

Otóż trzeba wypracować kilka grypsów i powtarzać je w kółko. Na przykład: "Gul gul gul, odtworzę państwu utwór dla państwa jak młodzi piją w robocie".

W ogóle wydaje mi się, że radio jest zbędne, zwłaszcza państwowe. Skoro słuchacze potrafią zapewnić dystrybucję programu w jakości lepszej niż jest to w stanie zrobić samo państwowe radio, już samo to świadczy, że pracują w tym radio ludzie, którym się nie chce i się nie znają.

A skoro my słuchacze potrafimy robić lepszą jakość dźwięku niż państwowe radio, to w ogóle też potrafimy zrobić własne programy, które będą lepsze i ciekawsze. Na pewno znajdą się ludzie, którzy mają do powiedzenia coś więcej ponad ograne i powtarzane w kółko stare grepsy.

piątek, 14 lipca 2017

Radio Chopin - jeżeli tego nie wymyślał jakiś niedomózgi wunderkint, to ja nie rozumiem nic z tego świata

Trafiłem na informację, że ma powstać coś, co się będzie zwać Radio Chopin. Znalazłem te wzmianki już po tym, jak powstał poprzedni wpis dotyczący monokultury radiowej.

Mówiąc już wprost uważam za idiotę każdego, kto układając program radiowy decyduje się zawrzeć w nim przykładowo utwory tylko jednego wykonawcy. Redaktor, który ma choć trochę rozeznania wie, że każdy ma wykonawców, których lubi. ale także takich, których nie lubi. Więc układając program zróżnicowany, gdzie będzie załóżmy 10 wykonawców, statystycznie rzecz biorąc 5 będzie lubianych, a innych pięć nielubianych. Więc statystyczny słuchacz będzie w połowie zadowolony.

Jeśli się da tylko jednego wykonawcę, szansa na to, że grono słuchaczy spadnie o połowę jest równa właśnie połowę. Jeżeli ja np. nie lubię zespołu "Banda czworga" (zakładam, że taki zespół realnie nie istnieje) nie będę słuchał programu, w którym tylko ten zespół będzie grał. Jeżeli jakiś redaktor znów postanowi, że będzie puszczał cały program piosenki w gatunku, którego nie lubię, znów nie będę tego słuchał. Bo nie lubię.

Jeśli tak się zdarzy kilka razy, że jakiś redaktor będzie puszczał monotematyczne utwory przez całą audycję, utwory z gatunku, którego nie lubię, w ogóle przestanę słuchać tego cyklu.

Głupota redaktora polega na tym, że nie rozumie, że ktoś może nie lubić czegoś, co on lubi. I nie pojmie, że puszczając cały program tylko to, co ktoś nie lubi straci słuchacza na zawsze.

Nie każdy lubi Chopina. I nie każdy lubi fortepian. To nie znaczy, że nie znosi. Ale jak będzie program, gdzie jest tylko Chopin i tylko (z wyjątkami) fortepian, to jest najlepsza metoda, żeby zohydzić Chopina i fortepian.

Nie ma na świecie gatunku czy wykonawcy, którego można słuchać na okrągło. Stacje, które ograniczają się do jakiegoś stylu, świadomie ograniczają grono odbiorców. Jednak jeśli się ogranicza ekstremalnie, do tylko jednego kompozytora, to jest sposób na zawężenie grona słuchaczy do ekstremalnie małego grona. Będą to mianowicie wyłącznie prowadzący daną audycję.

Dlatego pomysł na Radio Chopin według mnie mógł powstać w naprawdę chorej głowie. Klęska, całkowita i totalna klapa jest nieunikniona.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Na marginesie: Dziennikarz zdradza - jak zrobić genialny program radiowy

Jesteś redaktorem muzycznym i chcesz robić super audycje, ale masz wątpliwości jak? W tym poście dziennikarz zdrajca, tzn. zdradza, jak się to robi.

Recepta już istnieje, dziennikarz znalazł ją słuchając audycji radiowych i postanowił ją zdradzić. Dziennikarze - zdradzają, bo są zdrajcami.

Genialną audycję z muzyką robi się tak. Całą audycję trzeba zapchać taką samą muzyką. Masz dwie godziny, zapychasz je np. starymi piosenkami. Masz trzy godziny, zapychasz je jednym wykonawcą lub kompozytorem.

Monokultura muzyczna w sensie to samo przez dwie lub trzy godziny. Tak właśnie robi się audycje, które zapadną w pamięć na dziesięciolecia.

PS. Nie lubię wielu rzeczy, wykonawców, kompozytorów, gatunków muzycznych itd. Jeśli redaktor lub redaktorka mi mówi, że przez całą audycję będzie to samo, na dodatek coś czego nie lubię, to wyłączę radio od razu, zresztą nie ma takiego wykonawcy, zespołu, kompozytora etc., którego nawet lubię i którego bym potrafił słuchać w kółko.

Czyli jeśli trudno jest znieść jeden zespól czy jednego wykonawcę, nawet jak się ich lubi, w większej dawce, to co jeśli przez cały program będzie się produkował ktoś, kogo się nie lubi?

Życie poza kręgiem polarnym jest takie trudne, bo tam albo jest wciąż dzień albo wciąż jest noc, czy jakoś tak. Mało kto potrafi coś takiego wytrzymać. Zmienność, rytm jest konieczny do życia.

Ale ja się na tym nie znam, zwłaszcza na radiu. Więc pamiętaj redaktorze. Chcesz odnieść sukces, puszczaj przez trzy godziny piosenki tego samego szarpidruta. Coś na zasadzie: lubisz tego a tego wykonawcę? Nie lubisz? No to w takim razie będzie on dla ciebie grał przez najbliższe trzy godziny.

PS.2 Ciekawym pomysłem jest też puszczanie jednej piosenki w kółko przez trzy godziny.

PS. 3 Ale ja może nie doceniam polskich redaktorów. Przecież w ich głowach może się właśnie rodzi pomysł, żeby jedną piosenkę puszczać w kółko przez cały dzień. Albo tydzień?

poniedziałek, 3 lipca 2017

Na marginesie: idealny sposób na słuchanie radia i oglądanie TV

Nie lubię wielu rzeczy, nie wymienię ich tu wszystkich, nawet kilku, wspomnę tylko o jednej. Nie cierpię reklam.

Słucham radia do momentu, kiedy zacznie się reklama. A reklama zaczyna się wtedy, kiedy się zaczyna lub wtedy, kiedy poda słowo "polecam". W tym momencie wyłączam radio.

Telewizję oglądam tak samo.

Ten sposób jest znakomity. Zamiast siedzieć godzinę lub dłużej przed telewizorem spędzam przed nim kwadrans, czasem trochę dłużej. Wyjątkiem są mecze. W przerwie pomiędzy połowami można wyjść na balkon na papierosa lub zrobić sobie kawę. Tylko w czasie oglądania meczu trzeba udawać, że nie widzi się reklam... Mimo wszystko metoda jest znakomita, aczkolwiek ma wyjątki od znakomitości. Wszakże jeśli ktoś napisze na banerze przy linii bocznej "polecam" to bezwzględnie wyłączę telewizor.

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że nic się nie traci wyłączając radio i telewizor. Zwłaszcza nic się nie traci jeśli się wyłączy radio po tym jak ktoś coś zacznie "polecać". Już wcześniej napisałem, że jeśli ktoś coś poleca i nie jest kelnerem lub kasjerem w markecie, to jest chamem lub idiotą, co zresztą nie wyklucza jedno drugiego.

Przekonałem się po wielokroć, że jeśli któryś redaktor lub pełniący obowiązki redaktora zacznie coś przez radio "polecać" to nie ma nic do powiedzenia. Pustka w głowie lub pustka na antenie, którą nie wiadomo czym wypełnić najprościej wypełnić "poleceniami". Żeby coś "polecić" nie trzeba nic wiedzieć, nie trzeba nic rozumieć, nad niczym się zastanawiać, w ogóle nie trzeba się wysilać.

"Polecić" coś jest równie łatwo jak splunąć lub pierdnąć, a nawet łatwiejsze. Nie znam nikogo, kto potrafiłby pierdzieć przez prawie godzinę, natomiast dla większości PO redaktorów radiowych "polecanie" przez całą audycję nie stanowi problemu.

Dlatego warto wyrobić sobie nawyk, wręcz odruch warunkowy. Słyszę "polecam" i naciskam na pilocie przycisk wyłączający radio albo telewizor.